kontur (2 kB)

"Niech Wiatr gra pieśń o Łemkowyni"
- Beskid Sądecki i Pieniny

Etap 2

16-18 październik 2015 roku

Linia
Kierownik wycieczki: Dorota i Marek Szala
Linia jesien (45 kB) znaczek (29 kB)
dzien4 (13 kB)
Rozdział VII - Powiedział światu co chciał...

Zachodnie krańce Łemkowszczyzny leżą poza Beskidem Niskim, zachodząc na Beskid Sądecki i Pieniny. Jest tu perła polskich uzdrowisk położna w malowniczej dolinie Kryniczanki, skryta w toni leśnych wzniesień. Żył tutaj pewien Łemko, jeden z najbardziej znanych Łemków w Polsce i na świecie. U ostatnich lat swojego życia, w przededniu międzynarodowej sławy chodził po Krynicy z takim listem przywieszonym na sznurku u szyi:

Nikifor Kochani i Drodzy

Jestem malarzem ludowym
znanym na całym świecie jako Nikifor
czyli Matejko z Krynicy.
Moje utwory były nawet w Paryżu i Amsterdamie.
Napisano o mnie dużo artykułów i duże książki.
Kupujcie więc moje obrazki, a jeśli Wam się nie podobają
możecie mi udzielić pomocy w inny sposób.
Jestem człowiek żyjący zupełnie samotnie bez żadnej opieki.
Bardzo Wam dziękuję za Waszą życzliwość,
a jeśli kupujecie ode mnie obrazek
to będzie ładna Pamiątka z Krynicy.



nikifor02 (39 kB)

W Krynicy widzimy go siedzącego na murku z pędzlem w dłoni. Maluje obrazek o tematyce cerkiewnej. Obok artysty przy murku stoi walizeczka - to jego przenośny warsztat. Towarzyszy mu bezpański pies symbolizujący sytuację artysty, nie mającego własnego domu, przynależności narodowościowej. Takiego Nikifora spotykali tutaj na co dzień mieszkańcy i kuracjusze, i tak też została przedstawiona, w formie pomnika przez krakowskiego rzeźbiarza Czesława Dźwigaja, jego barwna postać. Wystawiono go w 2005 roku dla uczczenia 110. rocznicy urodzin nikifor03 (12 kB)artysty i opisano napisami w języku polskim i łemkowskim. Dzisiaj w 120. rocznicę urodzin tego największego malarza prymitywisty o łemkowskim rodowodzie spotykamy się pod pomnikiem Nikifora i rozpoczynamy kolejny etap wędrówek po terenach Łemkowszczyzny.

niski01 (94 kB)

Historia Nikifora zaczyna się 21 maja 1895 roku, w Krynicy Wsi, gdzie uboga Łemkini, Eudokia (Jewdokia) Drowniak wydała na świat dziecko. Było słabowite, wobec czego szybko go ochrzczono, dokumentując ten fakt w cerkiewnej księdze: „Eudokia Drowniak, wyrobnica, urodziła syna: Drowniaka Epifaniusa, dnia 21 maja 1895 roku; ochrzczony i bierzmowany w dniu 22 maja 1895 r. w cerkwi greckokatolickiej w Krynicy-Wsi. Urodził się w domu Nr 49. Położna: Akulina Szkwarla. Ojciec nieznany. Matka: Eudokia Drowniak, córka Grzegorza Drowniaka i Tatianny z rodu Krynickich z Powroźnika, wyrobnica, głuchoniema, zamieszkała w miejscu. (...)”. Imię Epifaniusz nie było u Łemków imieniem znanym. Wówczas księża nie godzili się, aby bękart nosił imię powszechnie używane - wręcz przeciwnie wymyślali imiona nietypowe, nawet obelżywe, aby podkreślić nim występek matki. Nie wiadomo kim był ojciec Epifaniusza. Ojcostwo przypisuje się któremuś z mieszkańców willi „Trzy Róże”, gdzie Eudokia nosiła wodę, pracowała jako praczka i sprzątaczka. Mówiono o Polaku malarzu, najczęściej o Aleksandrze Gierymskim. Jak było naprawdę - nie wiadomo. Epifaniusz wychowywał się bez ojca. Otaczający go Łemkowie mówili na niego po łemkowsku Netyfor i tak już przylgnęło to do niego na zawsze.

Eudokia zmarła pod koniec I wojny światowej. Odtąd Nikifor prowadził tułaczy tryb życia, wędrował po wsiach i miasteczkach żebrząc o jedzenie i... malując obrazki. Język barw i kształtów stał się jego sposobem na kontakt z otaczającym go światem, który nie mógł go zrozumieć. Miał trudności w mowie. Mówił bełkocząc i sepleniąc. Nikt nie mógł go zrozumieć. Stwierdzono u niego wrodzoną wadę - przyrośnięty język.

Nikifor, lata 30-te XX wieku.

Nie wiadomo kiedy zaczął malować. Najstarsze zachowane prace Nikifora pochodzą sprzed 1920 roku, ale pierwsze swoje obrazki namalował najprawdopodobniej jeszcze w 1915 roku. Malował na wszystkim co mu wpadło do rąk na skrawkach papieru, kartkach używanych zeszytów, opakowaniach po czekoladkach i papierosach, drukach urzędowych, papierze pakowym. Nie stać go było na inne, lepsze materiały. Kreował swój świat najczęściej za pomocą akwareli, ale stosował także gwasze i farby olejne. Tworzył obrazy pod wpływem natchnienia wypływającego z jego najbardziej skrytych, tajemnych głębi. Wyróżniały się specyficzną kompozycją barw, a jednocześnie zaskakującą prostotą.

Niezwykle wrażliwy artysta tworzył swe obrazki w samotności, choć robił to najczęściej siedząc na murku przy deptaku krynickim pełnym przechodniów, uważających go za dziwaka. Nikifor pragnął, aby jego malarstwo zostało zauważone, wszak stało się dla niego sposobem komunikacji ze światem zewnętrznym. Chciał, aby było postrzegane jako efekt pasji artystycznej, a jednocześnie traktowane jako produkt wykonywanego zawodu. Zapewne dlatego podpisywał swe obrazy jako „Netyfor malarz” albo „Matejko”, a potem sprzedawał je „za grosze”.

W latach 1931-32 dzieła Nikifora doczekały się pierwszych wystaw zorganizowanych we Lwowie i w Paryżu. Obejmowały ona obrazy nabyte przez Romana Turynę, ukraińskiego malarza i kolekcjonera, który odkrył talent Nikifora spacerując po Krynicy. Nie wystarczyło to jednak, aby Nikifor zakończył żebraczy tryb życia. Łemko malarz wciąż żył w biedzie, oferując swoje obrazki „bardzo tanio, aby tylko żyć” jak przejmująco pisał na wystawionej żebraczej kartce.

nikifor05 (43 kB)

Po II wojnie światowej, Nikifora spotkało to samo co innych Łemków. Wysiedlono go w ramach akcji „Wisła” w okolice Szczecina. Jednak wbrew zakazom wraca w rodzinne strony, lecz tam nie ma już Łemków, poza kilkoma mieszanymi rodzinami polsko-łemkowskimi. Staje się włóczęgą poszukującym noclegu u życzliwych mu ludzi. Jednakże na terenie Krynicy obowiązuje zakaz meldowania Łemków - zostaje ponownie wywieziony. Ponoć wywożono go trzykrotnie z rodzinnych stron, ale zawsze wracał na krynickie uliczki, by wędrować ze swoją walizeczką, która była jego „przenośną pracownią”. Rozkładał ją tam, gdzie spacerowali kuracjusze i turyści wystawiając na sprzedaż swoje obrazki jako „Pamiątki z Krynicy”. Ludzie wciąż uważali go za zwyczajnego żebraka i niewielu z nich decydowało się na zakup kolorowego obrazka, patrząc na nie jak na bezwartościowe bazgroły.

nikifor06 (17 kB)

Przyszło jednak ponowne odkrycie jego talentu, tym razem przez małżeństwo - Ellę i Andrzeja Banachów, pisarzy i krytyków sztuki. Dzięki nim obrazki krynickiego prymitywisty zawisły w słynnych galeriach sztuki, trafiły do kolekcji muzealnych, stały się poszukiwanymi dziełami. Nie wiadomo ile ich wszystkich namalował. Ocenia się, że stworzył kilkadziesiąt tysięcy niepowtarzalnych obrazków. Większość z nich niestety nie dotrwała czasów międzynarodowej sławy Nikifora - mistrza z Krynicy. Niestety mistrz był już wtedy człowiekiem silnie wycieńczonym, chorował na gruźlicę.

W ostatnich latach życia zaopiekował się nim malarz - Marian Włosiński, który poświęcił Nikiforowi swoją karierę artystyczną i swe życie. Ich niezwykłą przyjaźń ekranizuje film fabularny „Mój Nikifor” Krzysztofa Krauzego z 2004 roku, w którym Nikifora zagrała Krystyna Feldman.

nikifor07 (13 kB)

Epifaniusz Drowniak, Nikifor zmarł 10 października 1968 roku w sanatorium w Foluszu koło Jasła. Pochowano go w Krynicy, w jego rodzinnym mieście...

Tу былeм i буду

...tu w 1995 roku otwarto muzeum mu poświęcone.

Powiedziałeś światu
co chciałeś
chociaż świat powiadał
że mówić nie umiesz.

   Takim namalowałeś świat
   jakiego świat nie znał
   I poznał Cię świat
   chociaż nie chciał znać.

Petro Murianka, „Epifania” (fragm.)

nikifor08 (40 kB)

Muzeum Nikifora mieści się w willi „Romanówka” zbudowanej około połowy XIX wieku w stylu „szwajcarskim”, charakterystycznym dla ówczesnej zabudowy uzdrowiskowej Krynicy . Oglądamy w nim jego najbardziej prawdziwe malarstwo, wycinek jego niezwykle bogatego dorobku, nie mniej obejmujący m.in. najstarsze, unikalne dzieła Nikifora przypuszczalnie sięgające czasów początku artystycznej drogi Nikifora. W ekspozycji jest też ten sam kapelusz, pieczątki, walizeczka, farbki, pędzle i wiele innych pamiątek po malarzu, w tym nawet skrawki papieru, papierowych opakowań, stare zeszyty i druki urzędowe, na których tworzył tak cenione dzisiaj obrazy. W czasy Nikifora przenosi nas stary film dokumentalny z 1956 roku Jana Łomnickiego pt. „Mistrz Nikifor”.

nikifor09 (39 kB) nikifor10 (53 kB)

O godzinie 10.45 kończymy wizytę u Nikifora, choć mamy świadomość, że godzina czasu jaką mu poświęciliśmy to zbyt mało by zgłębić go zupełnie, lecz czy w ogóle jest to możliwe. Nie pierwsza to nasza wizyta u artysty, a wciąż go poznajemy i odkrywamy.

Udajemy się w dół krynickiego deptaka, wzdłuż Kryniczanki, która płynie sobie na południe - opuszcza uzdrowiskową cześć Krynicy-Zdroju i przepływa przez najstarszy obszar Krynicy, tej łemkowskiej Krynicy istniejącej jeszcze przed 1547 rokiem jako Krzenycze - wsi, której nazwa Krzenycze z greckiego krene oznaczała źródło, czyli zdrój. Tutaj gdzieś naprzeciwko obecnego szpitala miejskiego stał dom Drowniaków, w którym dorastał malarz naiwny Nikifor - Łemko z Krynicy Wsi. Dziś w Krynicy nie ma już żadnych Drowniaków. Została jednak pamięć.

Przejeżdżamy w dół doliny Kryniczanki. Z prawej mijamy dolinę Czarnego Potoku, który zasila wody Kryniczanki. Nieco dalej za wylotem doliny stoi dawna grekokatolicka cerkiew św. Piotra i Pawła (obecnie cerkiew Objawienia Pańskiego z obrządkiem rzymskokatolickim) zbudowana w latach 1872-1857. Mówi się o niej, że to największa cerkiew murowana na całej Łemkowszczyźnie, ale nie jest to jedyne „naj” wśród cerkwi znajdujących się w okolicach Krynicy.

krynica (62 kB)

Kryniczanka płynie jeszcze trochę dalej, do Powroźnika, gdzie uchodzi do Muszynki. Rzeka kończy swój bieg, zasilając inną, zwiększając jej siły. My zatrzymujemy się w Powroźniku, przy cerkwi będącej perłą nad perłami wśród łemkowskich cerkwi.

Rozdział VIII - Perła nad perłami wśród łemkowskich cerkwi

Natura nie czeka. Przyroda zagarnęła wiele opuszczonych wiosek łemkowskich, wcześniej ograbionych i zniszczonych. Zarosły już trawą lub zagarnął je las. Takie właśnie wioski widzieliśmy ostatnim razem, a właściwie to co po nich zostało: cerkwisko, krzyż przydrożny, zdziczałe drzewa owocowe. Te wioski przymusem pozbawione gospodarzy nie znalazły już nowych zasiedleńców. Zostały pozostawione na pastwę wszechogarniającej pustki i łapczywej przyrody. Nie wszędzie jednak tak się stało... „na szczęście” chciałoby się powiedzieć, ale coś nas powstrzymuje od takiego stwierdzenia, bo mamy świadomość, że za tym ocaleniem kryje się dramat przesiedleń. W tych powtórnie zasiedlonych wioskach coraz trudniej znaleźć łemkowską chyżę, ale zazwyczaj gdzieś w otoczeniu drzew wciąż stoi ocalona, unikatowa świątynia, idealnie wpisująca się w krajobraz starej Łemkowszczyzny, zwana tutaj cerkwią. Zadziwiają wspaniałą bryłą, kunsztem wykonania i świadczą współczesnym o łemkowskiej przeszłości.

Na szlakach łemkowskiej Sądecczyzny niemal w każdej miejscowości można natknąć się na urokliwą cerkiew. W powojennych czasach napływu nowych osadników przejęło je duszpasterstwo rzymskokatolickie. Wcześniej służyły Łemkom. W swoich początkach Łemkowie, jako pasterski lud Rusinów byli wyznawcami prawosławia. Było tak do Unii Brzeskiej zawartej w 1596 roku, która miała na celu ujednolicenie katolickich wyznań na obszarze wielo wyznaniowego kraju. Podyktowana była ona względami nie tylko religijnymi, ale również politycznymi, obawa przed terytorialnymi zapędami prawosławnej Moskwy. Nie wszyscy prawosławni duchowni podporządkowali się ustaleniom Unii Brzeskiej, ale część z nich przyjęła zwierzchność papieża oraz doktryny kościoła katolickiego, z zachowaniem dotychczasowej liturgii bizantyjskiej. W ten sposób powstał grekokatolicki kościół unicki, który objął zasięgiem Łemkowszczyznę. Łemkowie należeli do kościoła katolickiego, modlili się zaś w obrządku wschodnim. Proces ten trwał jednak wiele lat, bo wśród ludności łemkowskiej długo utrzymywała się niechęć wobec świadomego zerwania z dotychczasowa wiarą.

Tuż przed I wojną światową, w wyniku rusofilskiej propagandy w latach dwudziestych rozpoczęło się masowy powrót ludności łemkowskiej na prawosławie. Powstawały wówczas na Łemkowszczyźnie nowe cerkwie dla obrządku prawosławnego, bo w świetle prawa istniejących cerkwi nie można było odebrać kościołowi grekokatolickiemu, nawet gdy cała wieś przeszła na prawosławie. Stąd też w okresie międzywojennym we wsiach łemkowskich spotkać się można było nawet z dwoma cerkwiami stojącymi w tym samym czasie.

Cerkwie są wpisane w krajobraz Łemkowszczyzny, są świadectwem jej historii i kultury. Jedna z najpiękniejszych, perła wśród pereł wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO stoi w Powroźniku, starej wsi powstałej najprawdopodobniej już XIV wieku, choć jej lokacja na prawie wołoskim przeprowadzona została w 1565 roku. W przeszłości zamieszkana była głównie przez Łemków. Część z nich wyjechała stąd w 1940 roku do ZSRR. Było to 140 rodzin. Wyjechali tylko z bagażem podręcznym zachęceni obietnicami dobrobytu. Pozostałą część ludności łemkowskiej wysiedlono na ziemie zachodnie w 1947 roku w wyniku akcji „Wisła”. W spadku po nich została drewniana cerkiew grekokatolicka św. Jakuba Młodszego, pełniąca obecnie funkcję kościoła rzymskokatolickiego.

Zjawiamy się w Powroźniku korzystając z zaproszenia kustosza i lokalnego przewodnikaniski02 (36 kB) pana Pawła. Czeka już na nas stojąc prze furtą wprowadzającą na cerkiewny teren, ogrodzony kamiennym murkiem z gontowym daszkiem. Dzisiaj nie będziemy jego jedynymi gośćmi. O trzynastej przyjeżdżają przedstawiciele komitetu UNESCO, by zastanawiać się nad dalszymi działaniami dla zachowania unikatowości cerkwi w Powroźniku, uznanej za szczególny przykład typu budowli sakralnej, stanowiącej jednocześnie wyjątkowe świadectwo tradycji kulturowej w historii ludzkości.

Byliśmy tutaj rok temu i zauroczyliśmy się, choć dane nam było zobaczyć tą świątynię jedynie z zewnątrz. Już wtedy postanowiliśmy tu wrócić i jesteśmy. Pan Paweł zaprasza nas do wnętrza świątyni. Wchodzimy.

powroznik (125 kB)

Cerkiew św. Jakuba w Powroźniku jest najstarszą zachowaną cerkwią łemkowską w polskich Karpatach. Wyryty napis na jednej z belek nawy podaje datę jej budowy: 1604 rok. Są tacy, którzy przesuwają moment powstania tej świątyni na rok 1600. Bez względu na to, którą datę przyjąć i tak będzie ona bezcennym zabytkiem sakralnego budownictwa drewnianego. W jej wnętrzu wyczuwamy inny czas, inną przestrzeń - mistyczną i niepojętą, bo jak przez tyle lat cała ta złożona konstrukcja wiekowej cerkwi mogła przetrwać. Rozglądamy się w jej wnętrzu nie mogąc uwierzyć, że te stare ściany, ten sam strop, spoglądają na wiernych od ponad 400 lat!

powroznik02 (102 kB)powroznik03 (74 kB)

Przez te lata cerkiew była przebudowywana, czy rozbudowywana, a nawet przenoszona na balach by uchronić ją od powodzi, ale wciąż tkwią w niej stare drwa budulca. Niektóre z nich zdobione pięknymi polichromiami, tak jak obecna zakrystia, która przed rozbudową cerkwi w latach 1813-1814 stanowiła prezbiterium świątyni. Polichromie te datuje się na 1607 rok.

Zasadniczy element wyposażenia każdej cerkwi stanowi ikonostas oddzielający prezbiterium od nawy. To niezwykle ozdobny element, z wstawionymi rzędami pięknych ikon. Ten w powroźnickiej cerkwi pochodzi z lat 1743-44. Utrzymany we wspaniałej kolorystyce cynobru i złota nie stanowi jednak jednolitej konstrukcji, tak jak ikonostasy w innych cerkwiach. Jest podzielony na dwie części. Dolną jego część przesunięto na tył zwiększając powierzchnię świątyni dla wiernych.

Modyfikację taką przeprowadzono w okresie powojennym podczas przystosowania cerkwi grekokatolickiej do obrządku kościoła rzymskokatolickiego. Obecnie planuje się na powrót przywrócenie pierwotnego wyglądu świątyni i połączenie rozdzielonych części ikonostasu. Decyzja w tej sprawie maja być podjęta właśnie dzisiaj podczas wizytacji przedstawicieli UNESCO, a właściwie ponoć jest już podjęta, tylko pozostaje kwestia kiedy to zrobić: czy teraz, czy poczekać jeszcze na zakończenie renowacji wyposażenia cerkwi. Nie do wiary: zwiedzamy cerkiew w historycznym momencie. Wyobraźnia szaleje próbując ukazać obraz jej wnętrza po zmianach, jakie mają niebawem nastąpić. Przeszywają już nas te emocje, jakie poczujemy, gdy kiedyś znowu zaglądniemy do tej cerkwi. To będzie niesamowite przeżycie, gdy zobaczymy ją taką, jaką ją kiedyś sprawiono.

powroznik04 (111 kB)

Wnętrze świątyni zdobią też inne stare ikony, z których największą jest „Sąd Ostateczny” z 1923 roku. Znajduje się na bocznej, południowej ścianie prezbiterium. Widzimy na niej jak aniołowie zwijają nieboskłon ze słońcem, księżycem i gwiazdami. Pod nim znajduje się postać Chrystusa Pantokratora, w mandorli podtrzymywanej przez archaniołów. Po jego lewej i prawej zbliżają się do niego archaniołowie prowadzeni przez Maryję i św. Jana Chrzciciela. Niżej widać siedzących apostołów, pomiędzy którymi przygotowany jest tron z rozłożoną ewangelią oczekujący na sędziego. Pod tronem tym widać rękę Boga z wagą dobrych i złych uczynków. Przy tronie znajdują się Adam i Ewa, a za nimi stoją zbawieni. Nieopodal za Ewą mamy Mojżesza trzymającego kamienne tablice z przykazaniami, który wskazuje potępionym drogę do Chrystusa. Nie wszyscy jednak będą zbawieni. U wagi widać uczepione diabły, którzy chcą zafałszować jej wskazania. Nic z tego - Michał Archanioł strąca ich do piekielnej czeluści, z której wypełza wąż z zaznaczonymi na ciele 33 pierścieniami grzechów. W rzece piekielnego ognia widać już kotłujących się potępionych. Nieco wyżej dostrzegamy kulę ziemską. Otaczają ją aniołowie z trąbami anielskimi, ogłaszającymi Sąd Ostateczny. Zmarli powstają na jej dźwięk. Po lewej u dołu w owalu uwidoczniony został raju. Do jego bram zbawionych prowadzi św. Piotr.

powroznik05 (101 kB) powroznik06 (36 kB)

Naprzeciwko „Sądu Ostatecznego”, na północnej ścianie prezbiterium mamy ikonę przedstawiającą patrona świątyni - św. Jakuba Młodszego Apostoła. Pochodzi z lat 20-tych XVII wieku, a wykonane zostało najprawdopodobniej przez autora „Sądu Ostatecznego” Pawłentego Radymskiego. Święty został ukazany z otwartą księga w lewej dłoni. Prawą dłoń podnosi w gestykulacji napominania, albo nauczania. Po bokach pokazane są sceny z życia świętego: narodzenie, nauczenie, męczeńska śmierć i pogrzeb.

powroznik07 (60 kB)

Dekoracja malarska cerkwi w Powroźniku nie kończy się na wymienionych ikonach. Poza nimi uwagę zwraca ambona w nawie umieszczona przy południowej ścianie. Ma podobną kolorystykę i zdobienia jak ikonostas, bo została wykonana równocześnie z nim. Jej ścianki zdobią wizerunki Chrystusa Pantokratora i czterech ewangelistów. Na południowej ścianie uwagę zwracają również okna, których nie ma na północnej ścianie. Tak właśnie budowano najstarsze cerkwie, w obawie przed złymi mocami, które jak wierzono czają się po stronie północnej.

O godzinie 12.20 kończy się ekscytująca opowieść pana Pawła. Mógłby godzinami jeszcze opowiadać o łemkowskiej świątyni, o każdym jej drewnianym kawałeczku. Jednak sami uświadomiliśmy go, że przed nami jeszcze trasa górska. Zresztą wkrótce mają tutaj pojawić się przedstawiciele UNESCO i im czas będzie musiał poświęcić.

powroznik08 (74 kB)

Wychodzimy na zewnątrz. Chmury w jakiś cudowny sposób odpłynęły znad wioski. Rozeszły się na obrzeża horyzontu. Słońce przenika przez drzewostan otaczający cerkiew rzucając promienie na jej drewno. Oglądamy ją z zewnętrz. Liście drzew nabrały już pierwszych jesiennych kolorów. Zdobią je, ale jednocześnie przysłaniają cerkiew. Z bliska, spomiędzy drzew widać jej bryłę i składające się na nią elementy.

niski03 (61 kB) powroznik09 (51 kB)

Cerkiew w Powroźniku reprezentuje klasyczny styl cerkwi zachodniołemkowskich. Charakteryzują je trzy silnie wyeksponowane w zewnętrznej bryle świątyni szeregowo umiejscowione pomieszczenia cerkwi:

Nad babińcem znajduje się czworoboczna izbicowa wieża (izbica). W wieży tej zachował się dzwon wykonany w 1615 roku o ponoć magicznych właściwościach do rozpędzania burzy. Zewnętrzną bryłę prezbiterium, nawy i babińca wieńczą baniaste hełmy zwane makowicami, zwieńczone krzyżami.

powroznik10 (40 kB)

Teren cerkwi otoczony kamiennym murem. Nasadzony kręgiem wysokich drzew ma swój specyficzny klimat natchniony głębokim spokojem, ale i melancholią czasu minionego. Pobyt tutaj był dla nas ogromnym duchowym przeżyciem. Dziękujemy gospodarzowi, kustoszowi i przewodnikowi po cerkwi w Powroźniku, panu Pawłowi. Oby każda cerkiew na Łemkowszczyźnie miała takiego opiekuna. Znajdujemy się u stóp Gór Leluchowskich, gór odludnych, takich w sam raz na wędrówkę z jesienną zadumą o tym co przeminęło i przemija. Tam niegdyś przebiegały łemkowskie drogi, a dzisiaj stanowią zaciszne ustronie porośnięte niwami traw i dzikim lasem.

Rozdział IX - Przez Góry Leluchowskie i okopy konfederatów

Zabudowa łemkowskich wsi sięgała w nich grzbietów gór. Po 1947 roku, gdy wysiedlono stąd Łemków, sprowadzona polska ludność wolała zajmować domy stojące w dolinach, a nie te w wyżej położonych przysiółkach. Stąd też domy z górnych przysiółków zostały szybko rozebrane. Zniknęły łemkowskie obejścia, a prowadzące do nich drogi wkrótce obrosły trawami lub zarosły lasem

.

Stoją nad nami chmury. Może rozgoniłby je magiczny dzwon cerkiewny z Powroźnika, ale przecież to niegroźne białe chmurki, bez kropli deszczu. Jesienne smugi mgieł płożą się po łemkowskich łąkach, lasy parują.

Góry Leluchowskie kojarzą się najczęściej z niewielką miejscowością Leluchów (łemk. Лeлюхiв): „W Leluchowie - miła zaczyna się koniec świata” śpiewa grupa Stare Dobre Małżeństwo. Leluchów jednak od tamtych czasów, kiedy powstawała ta piosenka znacznie się zmienił. Po otwarciu granicy polsko-słowackiej miejscowość stała się gwarna, opętana granicznym handlem. Dawny spokój zaginął w targowym tłoku. Ten koniec świata we współczesnych czasach przesunął się bardziej na wschód do Dubnego (łemk. Дубне), czy Wojkowej (łemk. Войкова).

Prawdopodobnie już w XIII wieku w dolinie potoku Wojkowskiego istniała osada przy strażnicy granicznej. Kto wie, być może nazwa Wojkowa wzięła się właśnie od wojów stacjonujących w strażnicy. Jednakże obecna wieś Wojkowa lokowana była na surowym korzeniu w 1595 roku. Jej osadźcą był niejaki Homa Powroźnicki z Powroźnika.

Wojkowa leży na wysokości około 550 m n.p.m. pośród malowniczych wzniesień, pokrytych tak jak za czasów łemkowskich, polami i pastwiskami. Sięgają one dość wysoko, wchodząc nawet na grzbiety. Łemkowie zostali stąd przesiedleni na ziemie zachodnie w latach 1945-1947. Zostały tu jeszcze po nich łemkowskie chaty, spichlerzyki, czy kapliczki i kamienne krzyże. Ukryta wśród drzew stoi również cerkiew św. św. Kosmy i Damiana z 1790 lub 1792 roku, wybudowana po tym, gdy pierwsza świątynia została strawiona przez pożar. W jej wnętrzu zachował się ikonostas, tak samo stary jak cerkiew, bo wykonany w okresie jej wznoszenia. Po II wojnie światowej została przemianowana na kościół rzymskokatolicki.

leluchowskie01 (74 kB)

O godzinie 12.45 rozpoczynamy podejście na graniczny grzbiet Gór Leluchowskich. Podejmujemy w Wojkowej żółty szlak, który przychodzi tu od zachodu z Muszyny przechodząc m.in. szczyt Dubne (904 m n.p.m.). Żółtym szlak kieruje nas z szosy na polną dróżkę. Pnie się ona ku granicznemu grzbietowi, skąd spływają źródliskowe cieki Wojkowskiego Potoku. Po 15 minutach łagodnego podejścia osiągamy polsko-słowacką granicę. Żółty szlak skręca tu w lewo biegnąc dalej linią graniczną, wspólnie ze słowackim czerwonym szlakiem. Jest tu też drogowskaz wskazujący drogę do „Królewskiej Studni”, w przeciwną stronę niż nasza docelowa Muszynka, ale te kilkanaście minut chyba możemy poświecić na zobaczenie tego obiektu.

Idziemy zatem linią graniczną na południe i tuż przed lasem za stojącym tu drogowskazem wchodzimy na stronę słowacką, gdzie widoczna jest okazała drewniana wiata z napisem „OZ - Kráľova studňa”. „Królewską Studnię” znajdujemy kilka kroków dalej na południe od wiaty. Można do niej zejść ścieżką przez zagajnik, albo idąc powyżej zagajnika, a potem po stopniach w dół. Studzienka obudowana jest kamieniami i zadaszona drewnianą nadbudową. Pod daszkiem widzimy napis „Lenartov-2009”. Lenartov to nazwa pobliskiej wioski słowackiej.

leluchowskie02 (44 kB)

Z „Królewską Studnią” związana jest legenda dotycząca XIX-wiecznej figury Matki Bożej z kapliczki w Wojkowej, która podobno stoi w miejscu, gdzie objawiła się Matka Boża. Figurę tą ponoć dwukrotnie ustawiano przy „Królewskiej Studni”, ale za każdym razem sama wracała do Wojkowej, do kapliczki.

leluchowskie03 (24 kB)

Wracamy pod wiatę, zatrzymujemy się chwilkę podziwiając widoki - niezwykle malownicze, wbrew zachmurzeniu. Stoimy w miejscu, koło którego przechodził ongiś szlak, którym ludność z Muszyny jeździła do Bardejowa i Preszowa na jarmarki. „Królewska Studzienka” stanowi pozostałość po tym szlaku.

Trzeba wiedzieć, że po stronie słowackiej ciągnął się również wąski pas Łemkowszczyzny, choć po tamtej stronie granicy nie była znana nazwa „Łemko”. Tamtejsza ludność określana była mianem Rusinów, bądź Rusnaków, ale pod względem etnicznym, kulturowym, językowym i religijnym była to ta sama ludność co po polskiej stronie. Uprawiali oni pola po obu stronach granicy, po obu stronach granicy mieli też swoje rodziny. Łemkowie z Wojkowej bez problemów komunikowali się ze swoimi pobratymcami mieszkającymi na południowych stokach gór, a ci z południowych z tymi na północnych.

leluchowskie04 (53 kB)

O godzinie 13.20 wracamy na granicę państwową, a potem do żółtego szlaku, który biegnie dalej linią graniczną. Przebieg tego szlak ulegał zmianom. Na drzewach spotkać można jeszcze stare znaki, a nowe są wymalowane dość rzadko. Można się łatwo pogubić, ale dopytujemy miejscowego i ten pokazuje nam którędy szlak biegł po staremu, a którędy po nowemu. Od słupka granicznego nr 279/2 kończą się otwarte przestrzenie łąk i polan, o godzinie 13.55 wchodzimy do lasu, gdzie przebieg granicy oraz szlaku są już niewątpliwe.

leluchowskie05 (46 kB)leluchowskie06 (29 kB) leluchowskie07 (27 kB)

W lesie dominuje zieleń, ale jesienne przebarwienia są już dobrze widoczne. Szlak prowadzi nas od teraz cały czas mieszanym lasem pokonując kolejne grzbietowe wzniesienia. Pierwszym jest Kamienny Horb. Podchodzimy go łagodnie. Niespostrzeżenie przestrzeń między drzewami wypełnia mgła. Las zionie dzikością. Składa się głównie z młodych drzew, nierzadko dziwnie poskręcanych, przybierających zadziwiające kształty. Wyłaniające się z mgły straszą samotnych wędrowców. Kilka minut po czternastej osiągamy wierzchołek Kamienny Horb (słow. Kamenný hrb; 826 m n.p.m.). Zatrzymujemy się na chwilę, oczekując aż do grupy dołączy ostatni wędrowiec. Jeszcze chwilkę czekamy, rozmawiamy.

Runo leśne pokrywa już paleta kolorowych liści. Porośnięte jest też zielonymi pnączami, wszystkie te barwy lśnią od skroplonej wilgoci. Niemal na całej długości grzbiet po którym przemieszczamy się jest bardzo wąski. Opada niknącymi w mgle stokami na lewo i na prawo. Ta mgła być może kamufluje też dzikiego zwierza, obserwującego nas bacznie i z zaciekawieniem. Wiemy, że jako przedstawiciele ludzkiego gatunku jesteśmy rzadkimi gośćmi na tym terenie, a ten bezludny obszar z samorzutnie rozrastającym się lasem przypomina nieodległy Beskid Niski. Nie zawsze jednak tak tu było.

leluchowskie08 (63 kB)

Za czasów Łemków Góry Leluchowskie były intensywnie użytkowane, pokryte uprawami i licznymi polanami, siecią dróg grzbietowych. Trudno sobie wyobrazić wygląd tejże okolicy z połowy ubiegłego wieku. Jak uwierzyć, że kiedyś to wszystko wyglądało inaczej. Wschodnia część Gór Leluchowskich jest zdecydowanie bardziej oddana łasce przyrody, niż bardziej znana, uczęszczana część zachodnia znajdująca się między Leluchowem i Muszyną. Jesteśmy tutaj samotną grupą, przemierzającą całkowite bezludzie, na którym szelest deptanych liści brzmi jak orkiestra w cichym pustkowiu. Minęły już lata od wyjazdu dawnych gospodarzy, cisza zamieszkała tu na stałe i mąci ją nawet cicha rozmowa z towarzyszem wędrówki.

leluchowskie09 (63 kB)leluchowskie10 (18 kB)

O godzinie 14.45 wchodzimy na kolejną grzbietową kulminację, gdzie z ziemi wystaje stary znak graniczny, a obok w podobny betonowy słupek z pozostałością po wbetonowanej stalowej rurce. Kulminacja ta wydaje się być najwyższym punktem na naszej trasie, ale nim nie jest. Grupa zwiera tutaj szyki, po czym schodzimy na niewielkie siodło. Dopiero za nim mamy oczekiwany szczyt.

Pusta mająca 867 m n.p.m. jest najwyższym punktem na naszej dzisiejszej trasie. Wchodzimy na nią o godzinie 15.05. Stoi na niej słowackie oznakowanie szczytu. Od Królewskiej Studzienki przeszliśmy 5,5 km dystansu. Do odejścia żółtego szlaku od granicy pozostało nam 3,4 km.

leluchowskie11 (29 kB)

Szlak dalej wiedzie nas przez las zionący tajemnicami. Ma coś z niepojętej ludzkim umysłem mistyki, jak niezbadany obszar na granicy rzeczywistości i fantazji. Wkrótce wyraźnie obniżamy pułap. Mgła niknie, a może raczej chmurę zostawiamy w górze. Las staje się czytelniejszy, a droga przejrzysta, a nawet bardziej płaska. Czy to jest ten sam las co przed chwilą, czy też może nieświadomie ocknęliśmy się z ułudy, czy też zbudziliśmy ze snu? Jeśli to był wytwór wyobraźni, to czy mógłby być to omam zbiorowy. Jeśli to miałby być sen, to w pamięci powinnyśmy zachować tylko ostatnie jego chwile. A przecież wszystko pamiętamy od początku do końca, moment kiedy weszliśmy do tego mrocznego lasu, te dzikością opętane drzewa, bezkresną cichość głuszy leśnej, i chwilę, kiedy ją opuściliśmy, jakbyśmy spędzili czas w innym wymiarze przestrzeni i czasu.

leluchowskie12 (110 kB)

Jeszcze jakaś mała mgiełka przed nami przeszła ponad naszą drogą, a chwilkę później przechodzimy przez Wysoką Horkę (764 m n.p.m.), a zaraz za jej szczytem idziemy skrajem polany ścielącej się po słowackiej stronie z kilkoma świerkami wyrastającymi pojedynczo. Znów wchodzimy do lasu ogarniętego niezmiernie delikatnym woalem. Przeskakujemy powalonego buka. Szlak wydaje się nie mieć końca.

Ten młody las wydaje się być tu od zawsze, ale przecież dopiero co zajął te tereny. W dzisiejszych czasach to raczej człowiek wysysa ducha lasu, a tutaj odwrotnie, las pochłania to co kiedyś należało do ludzkich siedzib.

leluchowskie13 (109 kB) leluchowskie14 (110 kB) leluchowskie15 (34 kB)

Godzina 16.20. Jest odejście żółtego szlaku od granicy, nieco ukryte wśród drzew. Nie przegapiamy go. Graniczny szlak słowacki zmierza na Przełęcz Tylicką, gdzie jest koniec Beskidu Sądeckiego, a jednocześnie na początek Beskidu Niskiego. My za żółtymi znakami odchodzimy od granicy. Z ukłonem pod nisko opuszczonymi gałązkami wchodzimy w szpaler młodych świerków, po czym nieco w lewo na ścieżkę, aż pod stare okopy.

W okresie 1769-71 na obszarze Łemkowszczyzny toczyły się walki między konfederatami barskimi i wojskami rosyjskimi. Był to czas zbrojnego ruszenia polskiej szlachty przeciwko rosyjskim wpływom w Rzeczypospolitej, a przede wszystkim w obronie wiary katolickiej i niepodległości. Osłabione wówczas państwo polskie pod względem finansowym, jak też pod względem obronnym (słaba armia) było narażone na zaborcze zapędy Imperium Rosyjskiego. Zewnętrznej ingerencji w interesy państwa polskiego sprzyjała uległość polskiego króla Stanisława Poniatowskiego wobec Rosji. Efektem były ustawy sprzyjające interesom Rosji, a doszło nawet do tego, iż jej wojska mogły swobodnie przemieszczać się po terytorium Rzeczypospolitej, jak po swoim kraju. Stąd w lutym 1768 roku szlachta polska zawiązała związek zbrojny w twierdzy Bar na Podolu, zwany konfederacją barską, który miał przeciwstawić się ingerencji rosyjskiej w sprawy polskie, a siłą rzeczy również przeciwko uzależnionemu od Rosjan polskiemu królowi.

Konfederaci barscy organizowali obozy wojskowe, gdzie mogli przygotowywać się do prowadzonych akcji zbrojnych. Wybór miejsc na takie obozy nie był przypadkowy. Góry stanowiły obszar samoistnie obronny. Na obozy wybierano trudnodostępne zbocza gór, w sąsiedztwie przełęczy, przez które przebiegały drogi na południe. Obozy konfederackie ciągnęły się zatem wzdłuż całego pasma granicznego Beskidu Niskiego od rejonu przełęczy Tylickiej, zaczynając od Muszynki, a kończąc na Radoszycach w dolinie Osławicy

. leluchowskie16 (44 kB)

Te stare okopy do których dotarliśmy, a właściwe pozostałość po nich, to okopy konfederatów barskich. Tworzą one szaniec na stokach wzniesienia Jawor ponad drogą z Muszynki na Przełęcz Tylicką. Mają kształt nieregularnego trójkąta, okalającego około 8,4 ha powierzchni, w którym mogło stacjonować około 4000 żołnierzy. W obozie nad Muszynką stacjonowały oddziały z ziemi krakowskiej i sandomierskiej. Przewinął się w nim również dowódca konfederacji Kazimierz Pułaski. Ślady wskazują, iż obóz otoczony był ziemnym wałem obronnym o wysokości dochodzącej 2 metrów, a także szeregiem innych ziemnych fortyfikacji, być może wzmocnionych drewnem. Na ich linii znajdowało się stanowisko artyleryjskie.

Trudno ocenić konfederację barską tutaj na Łemkowszczyźnie. Konfederaci bronili swojego kraju i narodu i z tego powodu nierzadko konfederację barską uważa się za pierwsze polskie powstanie narodowe. Obrona niepodległości to szczytny i chlubny cel. Trzeba jednak mieć też na uwadze to, że działania militarne niemal zawsze mają tragiczne następstwa względem mieszkańców ziem na których są one prowadzone. Łemkowszczyzna z pewnością nie była pod tym względem inna, choć różnie pisana jest historia na ten temat. Konfederacja barska bez wątpienia była zrywem wolnościowym i jak każda wojna z pewnością uderzała w rdzennych mieszkańców Łemkowszczyzny, przekładała się na kontrybucje, grabieże, zniszczenia. Tak to już jest podczas każdego zbrojnego konfliktu i nic na to nie poradzimy. Trzeba zawsze szanować prawdę o ile ta jest znana, a jeśli jest niepewna podchodzić do niej z rozwagą.

W 1963 roku pozostałości okopów po konfederatach objęto ochroną rezerwatową pn. „Okopy Konfederatów Barskich”. Rezerwat obejmuje obszar 2,26 hektara i jest częścią Popradzkiego Parku Krajobrazowego.

Szlak przeprowadza nas przez teren rezerwatu. Mijamy obelisk z tablicą, na której widzimy w rogu logo PTTK, a obok niego napisy: „Okopy Konfederatów Barskich 1768-72”, „Tablica ufundowana z okazji 600-lecia Tylicza 1363-1963”. Chwilę potem opuszczamy okopy konfederatów barskich. Szlak wiedzie przez parę chwil zarośniętymi łąkami, po czym wychodzi na otwarte stoki z malowniczym pejzażem. Przed nami dolina Muszynki. Za dolina ciągnie się w bezkres Beskid Niski. Przez dolinę biegnie szosa - droga krajowa nr 75, która prowadzi na Przełęcz Tylicką do przejścia granicznego na Słowację. Jest to stary trakt. Za Galicji panował na nim duży ruch. Na Węgry wożono tędy korę świerkową i dębową do garbowania skór, a z przeciwnej strony pędzono stada wołów na targ do Tylicza. W czasie II wojny światowej wiódł tędy szlak kurierski.

leluchowskie17 (58 kB)

W dolinie Muszynki widać zabudowania wsi Muszynka, lokowanej już w 1356 roku na prawie niemieckim przez króla Kazimierza Wielkiego. W XIV i XV wieku jako wieś położona przy trakcie handlowym miała istotne znaczenie. Została zniszczona w 1474 roku podczas najazdu węgierskiego, a w XVI wieku ponownie zasiedlona przez napływającą tu pasterską ludność Wołochów. Wówczas przeprowadzono ponowną lokację tym razem na prawie wołoskim.

leluchowskie18 (42 kB) muszynka01 (52 kB)

Schodzimy do szosy. Docieramy do niej o godzinie 16.50. Tutaj kończy się znakowany szlak. Skręcamy w lewo i po około 500 metrów dochodzimy pod cerkiew pw. św. Jana Ewangelisty w Muszynce. Z zewnątrz nie wygląda na starą, ale liczy już ponad 300 lat - zbudowana została w 1689 roku. Była później przebudowywana. W jej wnętrzu znajduje się XVIII-wieczny ikonostas, a po jego bokach dwa ołtarze. Po prawej w południowym ołtarzu z końca XVII wieku znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, po lewej w północnym XVIII-wiecznym ołtarzu z rzeźbami świętych Piotra i Pawła znajduje się obraz św. Barbary, pochodzący z czasów konfederacji barskiej. Ponoć obraz ten stał w ołtarzu polowym, w centrum szańców barskich nad Muszynką.

muszynka02 (88 kB)

W Muszynce kończy się nasza wędrówka po Górach Leluchowskich, których dzieje zasłania woal upływającego czasu. Od wysiedleń mieszkających tu Łemków w 1947 roku nikną nieużytkowane polany na grzbietach i stokach tych gór, zarastają lasem. Znikły szałasy i zabudowania, jedynie cerkwie we wsiach, w dolinach, tkwią chronione jak koronni świadkowie historii, którą na nowo odkrywamy.

Rozdział X - Muzyczna podróż po Karpatach - barwy muzyki Łemków

O barwnym świecie Łemków opowiadają liczne pieśni i spiwanky. Mówią o codziennym życiu na Łemkowszczyźnie, o pracy, smutkach, miłości, ale też tęsknocie. W śpiewanych tekstach znajdziemy radość, humor, ale też wzruszenie i łzy. Muzykę Łemków cechuje bogactwo melodyki, zawsze łatwo wpadającej w ucho. W łemkowskim repertuarze znajdziemy muzykę dynamiczną porywającą do tańca, oraz przepiękne poruszające ballady.

Zastanawialiśmy się wiele razy słuchając łemkowskich melodii w czym tkwi ich magia. Barwna, ale i smutna historia łemkowskiej kultury, przekłada się na rozmaitość muzyczną. Muzyka łemkowska powstawała na styku kilku narodów, kilku folklorów: Ukrainy, Słowacji, Węgier i Polski. Na tej płaszczyźnie Łemkowie wytworzyli w sobie swoistą oryginalność (i zapewne nie tylko w sensie muzycznym), bazując na typowych dla góralszczyzny instrumentach: skrzypcach i basach, ale też cymbałach charakterystycznych dla kapel węgierskich i ukraińskich. Na tle tych instrumentów słychać śpiew jednogłosowy, jak też ujmujące wielogłosy.

kapela01 (52 kB) kapela02 (63 kB) kapela03 (27 kB)

Tego wieczoru kapela „Zachata”, którą zaprosiliśmy do Chaty pod Pustą w Wierchomli Małej, zaprezentowała nam coś wyjątkowego. Graniem i śpiewaniem zabrali nas w podróż po Karpatach, tych łemkowskich, ale też tych będących na styku ich kultury. Usłyszeliśmy całą różnorodność muzyki Karpat, która wpisuje się w źródła wielobarwności łemkowskiej muzyki. Było słuchanie, humor, były również i tańce. Maciek, Marcin, Staszek jak zwykle dali czadu. Dziękujemy Wam za to Panowie.

kapela04 (86 kB) kapela05 (80 kB) kapela06 (14 kB) Linia


dzien5 (13 kB)
Kliknij aby przejść na relację z piątego dnia Linia
Pełna relacja w .pdf
Linia Powrot
copyright